Ach jak to życie pędzi do przodu...
SOBOTA - Pobudka 4.00 rano, planowany wyjazd o 5.30, ale tylko planowany bo w trakcie następuje zmiana planów i mam jeszcze godzinkę na krótką drzemkę (mmmh to lubię !). Podróż zajmuje nam ok 9 godzin, zatrzymujemy się w Niemczech w Gelsenkirchen i tam spędzamy przemiły wieczór z rodzinką Krisa:).
NIEDZIELA -Chęć wykonania perfekcyjnej fryzury i makijażu zmusza nas do wczesnego wstania z łóżka i spędzenia 4 godzin przed lustrem. Krzysiek oczywiście potrzebuje nieco mniej czasu (jakieś 40 min), dzięki czemu od czasu do czasu, w przypływie litości dla mojej zmęczonej podróżą sukni, podejmuje się zadania jej wyprasowania. A nawiasem mówiąc jest w tym znacznie lepszy ode mnie...
Turniej rozpoczyna się po południu, do Antwerpii mamy jeszcze 200km, więc wyruszamy o 11.00. Impreza kończy się ok. 22.30, potem wydarzenia nabierają tempa - 3 godz. snu i ruszamy z powrotem do Polski.
PONIEDZIAŁEK - do domu przyjeżdżamy o 14.00 a o 16.00 jesteśmy już w pracy i koło się zamyka, aż do następnego weekendu...

W takim pędzie mija dzień za dniem,tydzień za tygodniem...czas przelewa się bezładnie jak ten zegar w rzeźbie Salvadora Dali.